Pages Navigation Menu

Nie wszyscy Polacy… byli dla mnie łaskawi

Nie wszyscy Polacy… byli dla mnie łaskawi

W historii stosunków ludnościowych polsko – niemieckich okresu II wojny światowej i pierwszych latach powojennych nie wszystko bywa proste i jednoznaczne. Zamieszkująca pod Grudziądzem polska rodzina Delilii Hube została wpisana podczas wojny na niemiecką listę narodową

 

Po wojnie zamieszkała w Złotowie Delilia Aleksewicz, z domu Hube, przez kilka dziesięcioleci nosiła na sobie przeklęte znamię folksdojczki. Przedtem, tuż po wojnie, wraz z matką doświadczyła losu więźnia obozu pracy dla Niemców w Potulicach. W Złotowie „zwiedziła” ubeckie kazamaty. Dziś, u schyłku życia, postanowiła uchylić rąbka swoich przeżyć. Dziennikarz nie zamierza komentować przedstawionych faktów, a każdy z czytających ma, oczywiście, prawo do własnego osądu.  

Do lat dziewięćdziesiątych temat obozu pracy dla Niemców w Potulicach w latach 1945 – 49, był tematem tabu. Był to jeden z największych tego rodzaju obozów w Polsce, gdzie przetrzymywano głównie Niemców z terenów Pomorza i Prus Wschodnich. Niewiele też do tej pory mówiło się o różnicach w polityce germanizacyjnej III Rzeszy na tych terenach, a na terenach Generalnej Guberni. Tam, gdzie mieszkała rodzina Hube, na tzw. Powiślu, Niemcy zamierzali stworzyć land czysto niemiecki. Stąd też niemal całą ludność polską wciągnięto na niemiecką listę narodowościową z podziałem na trzy grupy. Kto odmówił skazany był albo na obóz koncentracyjny, albo na śmierć głodową, tak bowiem niskie dla nich były kartkowe przydziały żywności. Tyle tytułem ogólnego wprowadzenia.

Małżeństwo Hube, rodzice Delilii, pochodzili z Lubelskiego. W 1926 roku kupili w wolnej Polsce, pod Grudziądzem, we wsi Szembruk gospodarstwo rolne. Było to około 20 hektarów żyznej ziemi wraz zabudowaniami. Ojciec był katolikiem, matka osobą bezwyznaniową, czas jakiś baptystką. Oboje postanowili, że nie będą narzucać wiary swoim dzieciom. Same o wyborze wiary miały zdecydować po osiągnięciu pełnoletniości. Najstarszy z rodzeństwa był brat. Dela urodziła się 19.11.1932 roku. Sześć lat później urodziła się jej siostra.

Nim wybuchła wojna Dela zdążyła tylko 3 dni uczęszczać do polskiej szkoły. Podczas wojny ukończyła 5 klas szkoły niemieckiej oraz kurs maszynopisania. Rodzinę, podobnie jak wiele innych rodzin z tych terenów, wpisano na niemiecką listę narodowościową. Ojciec jako jeszcze nie do końca pewny narodowo przeznaczony został nie do armii, a do ochrony lotniska w Grudziądzu. Pod koniec wojny trafił do rosyjskiej niewoli. W kilka lat po zakończeniu wojny w Świętej znalazł się świadek jego śmierci w Czelabińsku, na Syberii. Oficjalny komunikat głosił, że zmarł na tyfus plamisty. Starszy brat Deli ukończył szkołę rolniczą i odbywał praktykę u bauera. Kiedy zbliżał się front wraz ze swoim gospodarzem uciekł w głąb Niemiec.

Tzw. ucieczka przypadła także w udziale matce z dwójką dziewczynek. Cały dobytek załadowało na dwie furmanki, każda zaprzężona w dwa konie. Cała trójka znalazła się pod Gdańskiem. Do dalszej ewakuacji nie doszło i po przejściu frontu matka wraz z dziećmi postanowiła wrócić na gospodarstwo. Powrót był przy jednym ręcznym wózku pchanym przez kobiety. Na swoim gospodarstwie Hubowa z córkami zastała już nowych właścicieli – milicjanta z rodziną. Ten ani myślał ustąpić miejsca i powiadomił kogo trzeba o powrocie folksdojczy. Nie pomogły żadne tłumaczenia i przedwojenne polskie dokumenty własności. Hubową wraz z dziećmi odstawiono do dużego obozu pracy dla Niemców w Potulicach koło Nakła. W czasie wojny był to niemiecki obóz pracy, gdzie więziono polskie rodziny, głównie z Pomorza i Prus Wschodnich. Wkrótce po zakończeniu wojny Polacy zaludnili obóz bez żadnych zmian, głównie niemieckimi rodzinami szykowanymi do wysiedlenia za Odrę. Na razie mieli pracować na rzecz odbudowy zniszczonej przez swoich rodaków Polski. Działy się tam rzeczy straszne, ale tylko o niektórych zdarzeniach pani Delila decyduje się u schyłku życia opowiedzieć.

- Na samym początku komendantem obozu był ruski Żyd. Było źle. Ruskie dopuszczali się gwałtów na młodych więźniarkach. Wówczas jeszcze nigdzie nie pracowałyśmy. Po trzech miesiącach komendę objęli Polacy i ci byli jeszcze gorsi jak Ruskie. Matka meldowała o swoim polskim rodowodzie, ale oni w ogóle na to nie reagowali i tylko pytali, gdzie mieszkała i co posiadała w czasie wojny. W barakach większość stanowiły kobiety z dziećmi i starcy. Część spała na łóżkach, część na gołej ziemi przesłanej słomą. Do przykrycia był jeden koc. Poduszek nie było. Tak jak wszystkich przybyłych do obozu ogolono nas we wszystkich miejscach. Cały obóz, ustawione w rzędzie baraki i zabudowania administracji otoczone były drutem kolczastym pod prądem. Co kilkanaście metrów była budka z uzbrojonym wartownikiem. Za całe wyżywienie dzienne był suchy chleb, kawa zbożowa, jedna cebula i jeden burak. Czasami była wodnista zupa. Pamiętam, że na Wigilię dostaliśmy dodatkowo po kawałku śledzia.

Na noc młode i ładne kobiety strażnicy wyprowadzali z baraku. Wiadomo w jakich celach. Wracały rano na apel. Wyprowadzano także moja mamę, ale nigdy później nie rozmawiałyśmy na ten temat.

Dopóty, dopóki nie zaczęto nas posyłać do pracy w teren, głównie w rolnictwie, dzień w obozie zaczynał się od pobudki i apelu na obozowym placu. Trzeba było na komendę biegać, maszerować, robić przysiady, wykonywać komendy: padnij, powstań, itp. Kto nie nadążał tego strażnicy pałowali. Byłam świadkiem niejednego pałowania na śmierć. Strażnicy bili też więźniów na oczach wszystkich w samych barakach. Nieraz wynoszono trupy. Tych, co umarli z głodu i choroby chowano nago po 5 – 7 osób razem. Od chorób zginęło wiele osób. Robactwo, w tym pluskwy były na porządku dziennym. Gryzły niemiłosiernie jak tylko zapadała ciemność. Rany były wielkości fasoli. Za niewielkie przewinienia karano karcerem, który mieścił się w piwnicach sąsiedniego pałacu Potulickich. Na kamiennej posadzce zawsze stała zatęchła woda.

W pamięci kilkunastoletniej wówczas dziewczynki zachowało się też pewne zdarzenie urastające dziś niemal do miana anegdoty. W baraku po apelu kobiety śpiewały religijne pieśni po niemiecku. Kiedy strażnicy im tego zabronili zaczęły śpiewać po polsku, jako że większość to były folksdojczki. Z boku siedziała zawsze milcząco tylko jedna kobieta w średnim wieku. Dela zapytała ją po niemiecku czemu nie śpiewa. Nie było odpowiedzi. Ale o dziwo na to samo pytanie po polsku kobieta zareagowała. Okazało się, że w Warszawie zatrzymał ją na ulicy patrol do wylegitymowania. Kiedy zobaczono jej papiery z miejsca trafiła do Potulic. W papierach bowiem jak byk wypisane było nazwisko: Goebels. Po jakimś czasie Bogu ducha winną kobietę, która miała nieszczęście nosić to przeklęte nazwisko, zwolniono z obozu.

Po jakichś kilku miesiącach więźniowie nie siedzieli już bezczynnie w obozie. Wysyłano ich do pracy w zakładach rolnych, przedsiębiorstwach, itp. W ten sposób matka z dwójką dzieci trafiła do Świętej. Tam związała się z Popą. Takie nazwisko nosił tamtejszy autochton, wdowiec z siódemką dzieci. Do stołu zasiadało nas wtedy 11 osób. Było co robić.

- Kiedy matka chciała z nim wziąć ślub cała wioska była przeciwna związkowi z folksdojczką. Mam o to i nie tylko o to żal do autochtonów. Kto jak kto, ale oni powinni dobrze wiedzieć jak pogmatwane były losy niektórych Polaków, z których zrobiono folksdojczy. Wielu z autochtonów przed wojną i czasie wojny zachowywało się jak wiatr zawieje.

Do ślubu jednak doszło, mimo pewnych zastrzeżeń księdza w Złotowie. Matka przeszła na katolicyzm, a ślub odbył się nie przy ołtarzu, a w zakrystii. Dziś pani Delila z sympatią wspomina księdza Erdmana, który jako jeden z nielicznych interesował się losem jej rodziny. Ona sama już jako dorastająca panna przystąpiła do nauki religii przed I Komunią Świętą. Kiedy doszło do komunijnych uroczystości ksiądz zlitował się nad nią i zwolnił od udziału w procesji, sypaniu kwiatów, itp. Przyznał, że widok wyrośniętej panny wśród dzieci byłby niezręczny, wręcz karykaturalny. Pozwolił na bezpośrednie przystąpienie do komunii przy ołtarzu.

Inaczej było w szkole w Świętej. Kiedy Delila z młodszą siostrą chciały zająć miejsce w klasie wszystkie dzieci się od nich odsunęły wołając, że nie będą siedzieć razem z nimi. Wszystkie – dodaje pani Dela – były dziećmi autochtonów. Na tym też skończyła się jej szkolna edukacja. Kierownikiem szkoły był wówczas pan Łuczak.

Matka z dziećmi do formalnej likwidacji obozu w Potulicach była podwładną tej placówki. Starania o przywrócenie polskiego obywatelstwa, między innymi poprzez burmistrza Kocika, nie dały żadnych rezultatów. W międzyczasie była przymusowa praca w gospodarstwach rolnych w Skicu, Franciszkowie i Karolewie. Tam także, jak twierdzi pani Delila, dochodziło do gwałtów na młodych Niemkach.

W Złotowie UB długo nie dawało im spokoju. Wzywano je na przesłuchania i po kilka dni przetrzymywano w piwnicach budynku przy alei Piasta, gdzie dziś mieści się szkoła muzyczna. (w dotychczasowych opracowaniach IPN dotyczących działalności UB w powiecie złotowskim wspomina się jedynie o ubeckich kazamatach w piwnicach dzisiejszego ratusza. Pani Delila jest pierwszym oficjalnym świadkiem faktu, iż ubeckie cele były też w podziemiach wspomnianej szkoły. Twierdzi także, że podobne cele więzienne były w podziemiach tzw. willi Iwańskiego, w tamtym czasie siedziby milicyjnego klubu „Gwardia” i sklepu za żółtymi firankami). W 1950 roku UB wytoczyło matce proces sądowy o odebranie obywatelstwa polskiego i wysiedlenie do rosyjskiej strefy Niemiec. Szczegółów nie pamięta lub woli nie pamiętać. W każdym bądź razie, kiedy władze polskie zezwoliły na tzw. łączenie rodzin matka rozstała się z Popą w Świętej i wyjechała na stałe wraz z najmłodszą córką do syna w Niemczech. Druga córka pozostała w Złotowie.

Po wojnie przez długi czas w urzędach brakowało osób biegle piszących na maszynie. Delila w czasie wojny ukończyła kurs maszynopisania i na jakiś czas przyjęto ją do pracy w sekretariacie starostwa, wówczas już chyba Prezydium Powiatowej Rady Narodowej. Szefami wówczas byli panowie Marian Teusz i Kabatek. Później była praca w sklepie przy ulicy ks. Domańskiego w budynku narożnym od strony Królowej Jadwigi. Przyjęciu jej do pracy sprzeciwiał się ówczesny szef złotowskiego handlu detalicznego. Pani Delila została jednak przyjęta dzięki zdecydowanemu wstawiennictwu kierowniczki sklepu, pani Strii. Sprzeciw szefa był zrozumiały bowiem była to ta sama osoba, która pełniła funkcję strażnika ubeckich kazamatów w okresie, kiedy przetrzymywano tam Delę wraz z matką. Nazwisko tej osoby znane jest dziennikarzowi. Później, aż do emerytury była praca kierowniczki w pawilonie spożywczym na początku ulicy Królowej Jadwigi. Ze swoich obowiązków wywiązywała się nienagannie, otrzymywała liczne premie i wyróżnienia. Mimo tego ciągle, do końca swej pracy spotykała się z przytykami w rodzaju „ta Niemka”. Nawet konwojent, z pochodzenia autochton, mawiał: muszę zawieźć towar do tej Niemry.

Pamięć o polskim obozie pracy dla Niemców w latach 1945 – 50 została przywrócona dopiero w końcu lat dziewięćdziesiątych. W 1998 roku byli więźniowie postawili tam pamiątkowy głaz z odpowiednią inskrypcją w języku niemieckim. Na polu, za obozem pochowanych było, według najnowszych danych, około 4,5 tysiąca osób. Po likwidacji obozu na miejscu tym urządzono wysypisko śmieci. Po roku 2000 teren ten splantowano i postawiono tam pamiątkowy krzyż.

Za dwa lata pani Delila obchodzić będzie 60-lecie zgodnego pożycia małżeńskiego z Alfonsem Aleksewiczem. Początkowo mieszkali na ulicy Garncarskiej. Teraz dożywają swej starości z dala od miejskiego zgiełku, w domku na ulicy Chojnickiej. Mają swój warzywnik, hodują kury i kaczki. Od życia niczego wielkiego już się nie spodziewają. Było, minęło.

A swoją drogą, życie potrafi nieraz płatać figle. Kiedy wprowadzono tzw. czerwone paszporty ustawiła się po nie długa kolejka autochtonów. Zgodnie z prawem, jako urodzeni przed wojną lub w czasie wojny w granicach III Rzeszy paszporty otrzymywali bez problemu. Pani Delila, jako osoba urodzona w granicach przedwojennej Polski paszportu nie otrzymała.

                                                                                  Witold Poczajowiec

Jeden Komentarz

  1. Paszport Nimiecki to zaden dokument obywatelstwa!!! Prosze nie mieszac ludziom w glowach. W Niemczech co 4 Turek ma Niemiecki Paszport i nie jest Niemcem.
    Tej Pani przysluguje Prawo do Przywrocenia Obywatelstwa Niemeickiego z art 116 Konstytucji Niemiec. Jako Volksdeutsch ma prawo do Staatsangehörigkeitausweis(Dokument Obywatelstwa).

Komentarze

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

reklama